image1 image2 image3 image4 image5 image6 image7 image8 image9

Aktualności

« wróć do aktualności

Ale to był Hubertus

20.10.2012r.

 
Zaczęliśmy w piątek o 16.  Sławka i Grześ ściągnęli zaraz po pracy, w krótkim czasie przyjechał Irek, Dorotka i Jarczan.  Niebawem poczęli dołączać kolejni goście. Jedni ciekawi miejsca, inni naszych opowieści z wakacyjnych wypraw, jeszcze inni ciepłego ogniska pod lasem.  Kuchnia polowa powoli zapełniała się smakołykami jutrzejszych potraw. Opowieści, oglądanie zdjęć, filmików przeciągało się do późnych godzin. Z daleka policzyłem gości krzątających się pod wiatą przy ognisku - sporo nas - pomyślałem dochodząc w myślach do liczby czterdziestu. Spojrzałem na zegarek wyciągając się w łóżku - dochodziła pierwsza: spania za dużo nie będzie, a swoją drogą to już tradycja, że zasypiam tak późno.

Wstałem o ósmej - w leśniczówce był już gwar poranka, zapach kawy zmieszany wraz ze smażoną jajecznicą, ogólna krzątanina i tak jak zawsze troszkę nerwowa atmosfera zbliżającego się wydarzenia. Przed leśniczówką panował zamęt - przybyło kilkanaście koni, kuchnia polowa pracowała pełną parą: Dreadowie są w tym niezawodni. Irek z ekipą wyruszył w teren posprawdzać trasę przejazdu.

Pogoda dopisała wyśmienicie; rozpoczęliśmy kwadrans po jedenastej pokazem jazdy konnej w damskim siodle - Karina w prawdziwej amazonce na Whiskym prezentowała się wspaniale. Punktualnie w południe ruszyła kawalkada przeróżnego sprzętu wypełnionego gośćmi po brzegi pod przewodnictwem Irka. Marek Jarosz zabrał do gazika ratowników medycznych. I tak cała ta kolorowa menażeria ruszyła w teren do lasu w kierunku trasy naszego konnego przejazdu.

Spotkaliśmy się na wielkim rowie opaskowym, wkrótce na crossowych przeszkodach, by w chwilę później nad jeziorkiem rozdać prezenty dzieciom i ruszyć dalej w kierunku łąki, gdzie odbyła się finałowa gonitwa za lisem. Teraz Kika słów o naszych jeźdźcach: przybyło ich 21 - wszyscy ubrani odświętnie: Panie w pięknych rajtrokach i białych bryczesach, Panowie w pełnym szyku dopełniali towarzystwa damom. Pośród bieli i czerni marynarek zielony kolor zdominował nasz rój, mój wicemaster Karolinka ubrana w zielony surducik, ułani upamiętniający kilka pułków. Z Opolszczyzny przybyły barwy 19PU i 4PU, Wodzisław w barwach P3U.

Gonitwę rozpoczęliśmy próbą przejazdu w zwartym szyku. Próba to jest dobre słowo, bo zwarty szyk wytrzymał tylko jeden krok konia, czyli stęp w kłusie począł się rozwarstwiać, by w galopie przejść do dość luźnej masy pędzących zwierząt niosących swoich jeźdźców na swych grzbietach. Lisem był Zbyszek w barwach P3U, królem niebawem - Mirek rekonstruujący 19PU. Całość dopełnił mój młody przyjaciel leśniczy leśnictwa Woszczyce - Wojciech Wołoszczak - wygrywając nam wszystkie sygnały myśliwskie na rogu. Było naprawdę pięknie, pogoda, sygnały, cudowne konie i wspaniali jeźdźcy... gości nie policzyłem, ale po wydanych porcjach mogę sądzić, że ponad pięćset osób w tym dniu przewinęło się przed kuchnią polową Dreadzików. Był pyszny bigos i fasolka (dla mnie zabrakło), żurek, kiełbasa z ogniska, swojska kaszanka, szynka i ciasto, które upiekła Monika; był chleb ze smalcem i ogórek, herbata i kawa z kotła... było cudownie i przede wszystkim bezpiecznie. Zabawę naszą zakończyła kawa pod lipą w niedzielne popołudnie.

Dziękuję za wszystko moi przyjaciele, dziękuję Irku, Jacku, Grzesiu, Beatko, Dorotko, Jarku, Sławeczko kochana, Moniczko i Karinko, najpracowitsza z pracowitych Karolinko, Marku i moja kochana Urszulko... za wspaniałą imprezę, za wspaniałe nasze święto, za to, że jesteście ze mną i mogę na Was zawsze liczyć!!! Jesteście WYJĄTKOWI i jesteście moimi przyjaciółmi... dziękuję.