image1 image2 image3 image4 image5 image6 image7 image8 image9

Historia imprez

...już ponad dwa lata zmagaliśmy się z trudami, kłopotami... właścicieli koni. Szczęście, duma i radość mieszała się z codziennością. Karmieniem, sprzątaniem, naprawą ogrodzeń, które konie łamały prawie codziennie. Uciekały w dzikich galopadach po wsi, sprawdzały moją kondycję fizyczną i cierpliwość, której niejednokrotnie mi brakowało. Doświadczenia i takiej specyficznej koniarskiej pewności siebie niestety nie da się wyczytać w książkach. Robiły z nami co chciały. Oliwy do naszej indolencji dolewał fakt, że trafiały nam się konie trudne, charakterne.

Nasze konie - Basia i jej źrebię - WhiskyZaczęliśmy od Basi (na zdjęciu po lewej ze swoim synkiem Whisky), gniadej zawziętej ślązaczki, w chwilkę po niej trafił do nas indywidualista Lombard. Eksterierem przypominał angloaraba, charakterem inteligenta na czterech nogach, do tego zarozumialca, który najlepiej wie co robi i co dla niego i tylko dla niego jest najlepsze. Jeszcze na dobre nie oswoiliśmy się z tą naszą końską menażerią, a już zamieszkał z nami czarny diabeł imieniem Bolek. Był to siedmioletni wałach rasy wielkopolskiej. Jego właścicielką była Ewa, dziewczyna absolutnie nieprzygotowana do posiadania zwierzęcia, a cóż dopiero konia, i to ona przysparzała nam najwięcej problemów.

Kiedyś pamiętam przyszli do mnie chłopcy i to - co dziwne - razem, porozmawiać w bardzo ważnej sprawie. Zdziwiło mnie to, bo sprawy i owszem mieli przeróżne, ale nigdy wspólne, a tutaj kata konsolidacja? Zadali mi pytanie "czemu z tymi końmi jest tak dużo pracy, a tak mało przyjemności?" Trafniej tego nie mogli ująć, sam tłukłem się z myślami, jak z tym wszystkim sobie poradzić. Im dłużej byłem posiadaczem tych wspaniałych zwierząt, tym więcej nabierałem wątpliwości przechodzącej w pewność, że bycie hodowcą koni to nie taka prosta sprawa.

No tak, ale trzymanie ich w stajni, sprzątanie, karmienie to jedno, a jazda na nich to już zupełnie co innego. Mówią że "największe szczęście na świecie na końskim leży grzbiecie". Może i owszem leży, bo już na pewno nie siedzi. Te straszne siniaki, poobdzierane uda, ręce które chciały z bólu uciec z ramion, kark który sztywniał na samą myśl o kolejnym siodłaniu. I w tym wszystkim ta nasza nieudolność samouków; teraz wiem jakbym nazwał te czasy ...mrokami średniowiecza naszego jeździectwa. Z perspektywy czasu, patrząc na fotografie, wykazałem się dużą odwagą, a raczej niewiedzą, organizując pierwsze Święto Konia, które wtedy nazywaliśmy jeszcze Hubertusem. Do organizacji namówił mnie znajomy - Waldemar Wojtyczko, uchodzący w środowisku koniarzy za niezłego jeźdźca z nieokiełznanym temperamentem; i mnie było dane go poznać.

pamiątkowe flooLos czasami bywa przeokropny; ten, który pchał mnie w przygodę z końmi, był niemiłosiernie złośliwy podsyłając mi bardzo trudne konie, żeby nie powiedzieć okropne. Nic a nic nie pomagał mi w organizacji imprez, jakiś dziwny chochlik co rusz mi dokuczał; podkładał orzechy pod siodło, wyciągał gwoździe z podków, straszył konie w najmniej spodziewanych momentach. Pokazywał się zawsze wtedy, gdy wyprowadzałem konie ze stajni. Pierwszy Hubertus zakończył się kilkoma upadkami jeźdźców, co na pozór nie wydaje się czymś nadzwyczajnym, ale dodając do tego ucieczkę dwóch koni w kierunku swoich stajni oddalonych o ponad dziesięć kilometrów, mrozi krew w żyłach. Prawdziwą pogromczynią tego złośliwca okazała się Gosia. Niepozorna dziewczyna, ale uzbrojona w to, czego nam wtedy strasznie brakowało. Miała i ma talent, nieprawdopodobną umiejętność dogadania się z końmi. Miałem to szczęście, że pokochała Whiskiego (nie wiem za co?) i znalazła do mnie cierpliwość. Dziś już nie chcę pamiętać tych godzin na maneżu - do teraz jak słyszę "Piotr, potrzeba nam treningu" dostaje gęsiej skórki i jakoś tak dziwnie sztywnieje mi kark, gdy wjeżdżam na boisko, które stało się naszą ujeżdżalnią.

Kolejne Święta konia były już dopracowane. Wyszedłem z założenia, że każdy jeździec powinien przejechać taką przeszkodę, którą i ja wraz z koniem przeskoczę, i taką trasę wyznaczałem. To, że z każdym rokiem nabierałem doświadczenia i mój koń też, to już zupełnie inna sprawa, do której kiedyś wrócę. W organizację każdej imprezy włączył się mój przyjaciel, Marek Jarosz, były trener i instruktor jeździectwa. Wspaniały człowiek - bezinteresowny, pracowity, pomysłowy... i tu na tym troszkę się zatrzymam. Nie wiem jak to zrobił, ale w wieku prawie sześćdziesięciu lat zachował duszę nastolatka z poważnie rozwiniętym ADHD. Bardzo trudno było go przekonać co do trudności leśnego biegu. Wymyślał coraz to nowe i tak skomplikowane przeszkody, że strach było na nie patrzeć, a co dopiero skakać. Teraz jak troszkę "głębiej " i pewniej siedzę w siodle nawet go rozumiem, ale w ten czas to był kosmos. Kiedyś Marek dostał ode mnie miarkę z zaznaczonym sześćdziesiątym centymetrem, aby żadna przeszkoda tej wysokości nie przekraczała; nie pomyślałem, że druga strona miary ma skalę calową... skakaliśmy przeszkody ponad metr trzydzieści. Po wszystkim oczywiście chciałem go rozszarpać, ale on z sobie tylko wrodzoną szczerością zapytał mnie: "stało się coś? Wszyscy żyją." I taki już jest ten mój przyjaciel Marek po dziś dzień.

Organizując kolejną konną imprezę, nauczony doświadczeniami i własnym spokojem ducha, poprosiłem o pomoc Rybnicki Sztab Ratownictwa Medycznego. Po tych wszystkich latach, przygodach wspólnych imprez, uratowanym życiu człowieka, który dostał zawału serca, dziesiątkach zadrapań i setkach siniaków, tak sprawnych profesjonalistów można tylko sobie wymarzyć. Uczestnicy, goście są bezpieczni, a ja mam to, co najbardziej sobie cenię na świecie, czyli "święty spokój ". No może z tym spokojem troszkę przesadziłem, bo od kiedy ktoś im zdradził o moim nadciśnieniu, to pilnują mnie... ale cóż - taka jest cena profesjonalizmu.

Przez te lata dosiadałem różnych koni: pierwsza była Basia i Bolek, potem był Lombard, od kilku lat mam Denira. Raz tylko nie brałem udziału siedząc w siodle - miałem złamaną nogę w kostce - za mastera i owszem robiłem, ale z Marka samochodu. Z prostego schematu imprezy konnej powoli nasze spotkania poczęły przybierać charakter rodzinnej zabawy, swoistego festynu spędzanego na wolnym powietrzu wśród śląskich lasów, gdzie koń potrafi pokazać swe piękno, a goście cieszyć się przyrodą. Kiełbaska pieczona na ognisku stała się wybornym smakołykiem, a w połączeniu z pajdą chleba ze smalcem po prostu rarytasem.

Z roku na rok przybywa ludzi dobrej woli, którzy nam pomagają; do Ratowników z Rybnika dołączyło stowarzyszenie MUTT z Gliwic, firma BUSTER, składnica książek z Katowic, od lat pomaga mi ZUPiL. Stałym fundatorem książek i drobnych upominków jest Nadleśniczy z Rybnika, a osób prywatnych już nie sposób wszystkich wymienić, by kogoś nie pominąć. Gdybym w tym miejscu chciał podziękować przyjaciołom zaangażowanym w pomoc, powinienem zacząć od mojej żony Uli, dogonić całusem Aśkę i wyściskać Marka, i już mi tchu brak, więc czym prędzej kończę z tą...

... a teraz krótka historia lisów i królów; pierwszym lisem byłem ja dosiadając Basię - bez trudu złapał mnie Benek na klaczy Perła; to był rok pierwszy. W 2004 roku lisem został Staś - mój syn - dosiadając konia Lombard: uciekał perfekcyjnie, dogonił go kowal naszej stajni - Tadeusz Rusak na koniu Sanczo, który to w następnym roku przejął obowiązki lisa. Królowanie rokiem 2005 wywalczył Marcin Kędzierski na koniu Japino i to ta para dzielnie uciekała w roku 2006 przed gromadą szalonych jeźdźców, z których najlepszą okazała się Basia na Onyksie przejmując koronę królowej i obowiązki lisicy w roku 2007. Goniło ją wielu dzielnych jeźdźców, a i ja puściłem się za Baxikiem na Denirze, lecz nie dane było mi uchwycić kitki - złapał ją Zenek dosiadający kasztanowatej klaczy Unissa; gonił tak ofiarnie, że trzymając kitę w garści nie zdołał utrzymać się w siodle, palnął o ziemie jak długi, ale trofeum nie puścił. W 2008 przy pięknej słonecznej pogodzie nastąpiła zmiana, a raczej zamiana, bo królową powtórnie została Basia dopadając Zenka, który tym razem na koniu Jolerro utknął w kupie obornika. Rok 2009 nie należał do tych, co kochają imprezy plenerowe - od rana lało jak z cebra. Basia pięknie przebrana za lisiczkę ostrzyła pazurki wkręcając calowe hacele w podkowy Onyksa. Zaczęło się mokro, ale radośnie, by chwilkę później przeżyć grozę zawału serca jednego z uczestników naszej zabawy. Tu wkroczył i zadziałał sztab ratownictwa medycznego - powiem tylko jedno: wspaniali ludzie na swoim miejscu, z nimi każda impreza jest bezpieczna... ten człowiek żyje i cieszy się zdrowiem po dziś dzień.

Po tak traumatycznych chwilach trudno zebrać myśli, a co dopiero Denira. Moim koniem na czas akcji ratowniczej zajęła się Nincia - dziewczyna ze stajni sportowej. Pamiętam jej niebieskie szeroko otwarte oczy, lekki strach, pewno w jej brzuszku coś się ścisnęło, ale ani słowem nie oponowała, była dzielna, nie znając konia wsiadła i zajęła się nim pierwsza klasa... duży potencjał dżemie w tych dziewczynach z Leboszowic. Na łące pod lasem odzyskałem swojego Denira, a Nincia wolność biesiadnika. W strugach deszczu przebiegał ten nasz lisi bieg, kólem polowania został Darek z Ostropy dosiadający karego konia, zerwał kitę z Baxikowego ramienia. I to on w roku 2010 stanął naprzeciw roju jeźdźców, którzy za chwilkę mieli rozpocząć gonitwę... ruszyli wszyscy dzielnie z pragnieniem zwycięstwa, a ja po trzech minutach doznałem deja vu - królową polowania została Basia; "chyba jej karnet wykupię" - tak pomyślałem... ale cieszyłem się bardzo - lubię tę dziewczynę, córkę Jadzi i Marka - moich przyjaciół; śmiechu, całusów i radości nie było końca... trzeci raz królowa... to już pewnie carycą powinienem ją okrzyknąć, coś w przyszłości musze wymyślić.

Ubiegłoroczne Święto Konia (2011) przybrało uroczysty charakter wpisując się w cykl imprez i spotkań organizowanych w ramach Międzynarodowego Roku Lasów, przybyło wielu gości. Zaprzyjaźniona drużyna SAT4x4 przytachała z Dolnego Śląska wojskową kuchnię polową i już w piątek rozpoczęła gotowanie. Jeźdźców też przybyło sporo. Ponad trzydzieści pięknych koni zmokło w strugach burzy gradowej, jaka dopadła nas pod lasem. Ukradkiem spoglądałem na buzie i cierpliwość dziewcząt ze stajni sportowej - ich widok był dla mnie pewnego rodzaju papierkiem lamusowym nastrojów całej ekipy końskiej; było OK. I ruszyła lisiczka z kopyta uciekając przed całym rojem jeźdźców, była dzielna, szybka i zwinna... ale super królewną okazała się Justyna reprezentująca Pułk 3 Ułanów Śląskich, dosiadająca pięknego siwego konia.

Tyle o królach, królewnach lisach i lisiczkach, wspomnę jeszcze o zasadach naszej zabawy: lis zawsze ma kitę na prawym ramieniu, można ją zerwać tylko i wyłącznie goniąc z tyłu i to z lewej strony konia uciekającego.

Przez lata konnych spotkań Św. Huberta - naszego Święta Konia, żaden uczestnik nie doznał urazu, wszyscy szczęśliwie wrócili do leśniczówki, a upadki które i owszem były, stawały się przyczynkiem do powstania anegdot i żartów biesiadników imprezy prześmiewających się z niefortunnych jeźdźców...